daisy1

Użytkownik
  • Zawartość

    217
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

  • Days Won

    10

daisy1 last won the day on 10 Kwiecień

daisy1 had the most liked content!

Reputacja

37

2 obserwujących

O daisy1

  • Tytuł
    Rezydent FORUM

Informacje o profilu

  • Płeć
    Kobieta

Ostatnie wizyty

1577 wyświetleń profilu
  1. My w DV2016 mieliśmy numer, który kwalifikował się na październik, DS260 wysłaliśmy pod koniec czerwca (też m.in. ze względu na paszporty) i rozmowę mieliśmy w grudniu DS najlepiej wysłać jak najszybciej się da, ale z niskim numerem czerwiec jest ok
  2. Ja się na końcówkę Dextera obraziłam i do dzisiaj nie obejrzałam ostatniego odcinka (tylko ostatniego), choć cały serial oglądałam na bieżąco
  3. Nam też się nie udzielała. Prawdę mówiąc nawet o tym zapomnieliśmy i wynik sprawdziliśmy dopiero około 26 maja To dopiero był szok
  4. A to nie jest tak, że bez badań można iść i później dostarczyć wyniki i dopiero po ich doręczeniu dostać paszport z wizą? Wydaje mi się, że ktoś na forum tak zrobił, bo się nie wyrobił z badaniami (brak wolnych terminów u lekarza), ale może coś pomieszałam...
  5. Niestety, ale loteria wizowa też nie wchodzi w grę ze względu na wykształcenie (minimum średnie)
  6. A co np. chciałbyś jeszcze wiedzieć? Bo jeszcze kilka rzeczy się pewnie znajdzie
  7. Ja też wierzę A co do błędu, to po wrzuceniu trzech zdjęć mam to samo... Już żadnych zdjęć więcej nie mogę dodać, chyba został przekroczony limit...
  8. A w Polsce zarabiałeś/zarabiasz? Jako obywatel wszystkie osiągnięte dochody musisz rozliczać w Stanach... nie tylko te z USA
  9. Dzięki za miłe słowa Mieszkania szukaliśmy już na miejscu. Po pierwszym przylocie zrobiliśmy sobie małą wycieczkę - Boston, Nowy Jork, Niagara od strony Kanady i wtedy mieszkaliśmy w hotelach/motelach i dopiero później udaliśmy się do miejsca docelowego. Mieliśmy to szczęście, że mieliśmy się u kogo zatrzymać na kilka dni. Później ja wróciłam do Polski, a mój mąż został na dwa miesiące z kawałkiem sam i na ten czas wynajął pokój. W tydzień da się wynająć mieszkanie, ale jeśli będzie ono tylko tymczasowe, to trzeba liczyć się z większymi kosztami, bo tutaj umowy zawiera się głównie na rok (czasami jest opcja 6 miesięcy, ale niezbyt często), a jeśli się chce na krócej, lub z miesiąca na miesiąc, to kosztuje to więcej. Dodatkowo, jak nie ma się jeszcze pracy na miejscu, to trzeba się przygotować na większy depozyt. Dużo łatwiej na okres przejściowy znaleźć pokój. My mieszkanie "na stałe" wynajęliśmy kilka dni po moim ponownym przylocie (mąż znalazł 2-3 na krótko przed moim przylotem, a ja wybrałam które z nich). Co ważne dla osób, które tu zaczynają, to moim zdaniem łatwiej jest wynająć coś od osoby prywatnej, niż przez agencję, ale o tym już pisałam wcześniej
  10. Ja też je ponoszę z przyjemnością ;D I one też kosztują mnie mniej "jednostek" niż w Polsce
  11. @KaeR, @kzielu Trochę się nie zrozumieliśmy, bo i ja trochę nieprecyzyjnie napisałam, odnosząc się do czyjejś wypowiedzi Poniżej 200 wydaję w sklepie na jedzenie/chemię/kosmetyki na tygodniowych zakupach, ale żeby nie było, to nie jest dużo poniżej 200 i tak jak napisałam, to nie znaczy, że w ciągu całego tygodnia już się nie pojawię w sklepie, bo wiadomo, że codzienne wydatki mają to do siebie, że zawsze się coś skończy lub są produkty, które lubię kupować świeże. Ta kwota, nie jest całą wydawaną przez nas na jedzenie w ciągu tygodnia, ale spokojnie to wystarczy, żeby ugotować obiady w tygodniu, przygotować dzieciom i mężowi lunch do szkoły i pracy, itp. No i jak by na to nie spojrzeć podobna zawartość koszyka w Polsce to było minimum 500, tutaj ciut poniżej 200. Nie wliczyłam w to jedzenia na mieście, potraktowałam je oddzielnie, stąd oddzielny akapit w powyższym poście - być może dlatego, że ciągle traktuję to jak swego rodzaju luksus W tych kosztach nie umieściłam też kina, alkoholu, kawy na mieście, którą bardzo chętnie kupuję , itp. - bo to nie są wydatki, które trzeba ponosić. Nie każdy lubi kino (tak na marginesie ja lubię, a właśnie w mojej okolicy kino kosztuje 5 ), nie każdy pije kawę, czy alkohol, jeszcze pewnie parę tego typu rzeczy by tu wymienić. Nie wiem, być może te różnice cen wynikają z naszych miejsc zamieszkania. Wiem, że jest mięso i mięso, warzywa i warzywa. Widzę to, że np. niektóre piersi z kurczaka (te najtańsze) wyglądają jak z kurczaka mutanta - jedną taką można by było nakarmić całą rodzinę i to nie jest mięso, które kupuję. Głównie zaopatruje się w produkty lokalne i zwracam uwagę na to, co kupuję do jedzenia. Zresztą mięsa i ryb nie jemy codziennie. Jednym z naszych ulubionych domowych obiadów jest makaron ze szpinakiem i serem - zdrowe, smaczne i kosztuje na prawdę niewiele. Lubimy też zupy, więc choć raz w tygodniu jakaś zupa musi być. I to nie jest kwestia oszczędzania na jedzeniu, tylko wyboru tego, co lubimy. Jak ktoś lubi jeść mięso przez 7 dni w tygodniu, to niech je, ale musi liczyć się z tym, że tak tanio to mu już pewnie nie wyjdzie łącznie z kosztami lekarza
  12. Ostatnio na forum, w wątku dotyczącym loterii DV2018, rozgorzała dyskusja na temat kosztów życia w USA. Szczerze mówiąc zdziwiła mnie postawa niektórych uczestników loterii, którzy oburzali się, że życie tutaj nie nie zawsze jest tak idealne, jak im się mogło wydawać, a nawet ktoś nazwał to "shit-postowaniem". Moim zdaniem lepiej już teraz dowiedzieć się pewnych rzeczy i przygotować się na nie, niż dopiero po przylocie tutaj "dostać obuchem w łeb"... Ale niestety zaskoczyły mnie też posty niektórych osób, które tutaj mieszkają, bo mogłoby się z nich wydawać, że życie tutaj jest tak drogie, że trzeba zarabiać krocie, by żyć na normalnym poziomie... Dlatego stwierdziłam, że dorzucę co nieco na ten temat, jak to wygląda u nas, bo po pierwsze całkiem niedawno jeszcze mieszkałam w Polsce i ciągle jeszcze pamiętam ile za co płaciłam zarabiając złotówki i wydając złotówki, a po drugie jestem na samym starcie życia tutaj i dużo łatwiej zobaczyć mi pewne różnice, które za jakiś czas pewnie się zatrą w pamięci... Jednak nim zacznę o tym pisać, to chciałam uściślić jedną rzecz. Nie będę przeliczać dolarów na złotówki, ani na żadną inną walutę, bo to nie ma sensu. W Polsce dysponowałam jedną walutą, tutaj inną, ale zawsze miałam konkretną ilość jednostek, które mogłam wydać, niezależne od tego, czy nazwa tej jednostki to był złoty, czy dolar. Dlatego dla mnie punktem wyjścia jest ilość jednostek, które muszę wydać na konkretne towary i ile tych towarów za tą samą ilość jednostek kupię, a nie nazwa tej jednostki. Koszty życia codziennego - pisząc o życiu codziennym mam na myśli zwykłe codzienne wydatki na jedzenie, chemię, kosmetyki, ubrania, itp. To są chyba wydatki, które najbardziej "bolą" każdego, bo to nie są rzeczy, z których możemy zrezygnować - każdy musi jeść, umyć się, ubrać, czy posprzątać mieszkanie. To są pieniądze, które wydajemy chyba każdego dnia, bo akurat skończyło nam się w domu to, czy tamto (nawet jeśli robimy duże zakupy raz w tygodniu, czy rzadziej, to np. chleb, czy mleko, itp. i tak trzeba kupować na bieżąco, żeby były świeże). Moim zdaniem codzienne życie jest tu o niebo tańsze. Ktoś w wyżej wspomnianym wątku napisał, że na siebie, męża i psa wydaje tygodniowo 200$ na jedzenie. Być może to różnica pomiędzy cenami w poszczególnych stanach, ale byłam bardzo zaskoczona, bo mi się jeszcze nie zdarzyło dobić do 200 przy zakupach spożywczo/kosmetyczno/chemicznych dla czteroosobowej rodziny. I wcale nie kupuję "śmieciowego" jedzenia. Mój koszyk zawsze jest pełen świeżych owoców i warzyw, mięsa, ryb, itp. Na podobne zakupy w Polsce wydawałam około 500. Produkty tych samych marek tutaj w większości kosztują 1/4 (jednostek) tego co w Polsce. Głównie mam tu na myśli kosmetyki, środki czyszczące, czy ubrania w regularnych cenach, bo jeśli jest promocja, przecena, itp., to ta różnica jest jeszcze większa - czyli tutaj zapłacę jeszcze mniej niż w Polsce. O porównanie produktów spożywczych jest trochę trudniej, bo nie kupię tutaj masła, czy mleka i innych produktów dokładnie takich samych jak w Polsce, ale tak, czy inaczej ceny za te produkty i tak w jednostkach są o zdecydowanie niższe. Najczęściej gotuję w domu (pieczywo też głównie piekę swoje), ale jadamy też na mieście. W Polsce miałam do dyspozycji większą ilość jednostek niż, póki co, tutaj, ale mimo wszystko na jedzenie na mieście mogliśmy pozwolić sobie dużo, dużo rzadziej. Tutaj właściwie w każdy weekend przynajmniej raz zjemy poza domem (a bywa i częściej), bo w wolne dni lubimy robić sobie różne wycieczki i poznawać okolice, więc nie mam czasu na gotowanie. A jak w tygodniu przyjdzie nam ochota na jakąś konkretną kuchnię, lub zwyczajnie nie chce nam się gotować, to też nie musimy się godzinami zastanawiać, czy możemy sobie na to pozwolić i zjeść poza domem. I nie mam tu na myśli jedzenia w "restauracjach" typu fast food. Oczywiście fast foody też są tu tańsze niż w Polsce i nikt nie nazywa ich restauracjami ale to już zupełnie inny temat. Zakup ubrań - kolejna rzecz, która tutaj dla mnie wypada na plus. Nie jestem osobą, która co sezon zmienia ubrania, bo jest na coś moda, więc najczęściej kupuję ubrania na wyprzedażach. I pod tym względem w moim odczuciu jest tu istne szaleństwo, bo przecież kto zapłaci więcej niż 10-20% za ubrania, które były modne całe 3 miesiące temu! No i dzięki temu większość ubrań kupuję właśnie za 10-20% ceny wyjściowej, co oczywiście nie znaczy, że jak coś w regularnej cenie mi się spodoba i chcę mieć to teraz, to nie kupię (cena nadal jest przystępna), choć właściwie prawie zawsze warto poczekać, bo pewnie zaraz będzie jakaś wyprzedaż weekendowa lub "święto", z okazji którego trzeba przyciągnąć ludzi do sklepu i zrobić ofertę na cały asortyment, więc nawet to, co aktualnie jest "na topie" też można kupić dużo taniej. Podam Wam prosty przykład. Moje starsze dziecko ostatnio błyskawicznie rośnie (młodsze zresztą też, więc kolejne zakupy już mnie czekają), więc była konieczność znacznego uzupełnienia garderoby. Wybrałyśmy się więc na zakupy ciuchowe i dzięki wyprzedażom plus elektronicznemu kuponowi, który dostałam na maila, 3 pary spodni, 4 bluzeczki i 2 sweterki kupiłam jej za łączną zawrotną kwotę 43 jednostek. Dodam, że były to ubrania bardzo dobre gatunkowo i nie kupiłam ich w markecie, tylko w sklepie z ubraniami (nie chcę tu robić reklamy sklepu). W Polsce za te pieniądze nawet w markecie nie kupiłabym takiej ilości ubrań, do tego gatunkowo nieporównywalnie gorszych. Rachunki - to kolejna rzecz, o której pisali forumowicze. Tu gdzie my mieszkamy też wychodzą korzystniej w stosunku do Polski. Dużo mniej płacimy za gaz i prąd niż w Polsce, pomimo tego, że ogrzewanie mamy na gaz, a wszystko pozostałe na prąd - wszystkie sprzęty i klimatyzacja. Podobnie z wynajmem mieszkania. Taką samą ilość jednostek płacę teraz tutaj za mieszkanie, które ma ponad 100m2, jaką płaciłam w czasach licealno/studenckich ponad 10 lat temu za mieszkanie które miało około 33m2. Do tego tutaj w tą cenę mam wliczoną wodę i śmieci. Płacimy dodatkowo tylko za prąd i gaz, jak wspomniałam wyżej, a mieszkam w najlepszym rejonie w mojej okolicy. Dochodzi oczywiście cena kablówki i internetu - też niższa za podobne warunki do tych, jakie mieliśmy w Polsce i telefony komórkowe - dokładnie tak samo jak kablówka - analogiczne warunki, a cena niższa. Gorzej wypada cena ubezpieczenia samochodu, bo po przeprowadzce tutaj zaczynamy budować swoją historię jako kierowcy od zera, więc na początku wypadnie to drożej i jak nam się zdarzy jakiś wypadek, czy stłuczka, to nie mamy co liczyć na adekwatne odszkodowania. Ale pod tym względem z czasem będzie lepiej. Paliwo - gdy piszę ten post, cena na stacji benzynowej, na której zawsze tankujemy, to 2,51 za galon, więc nic więcej chyba nie trzeba tutaj dodawać. Elektronika - też bez zbędnego rozpisywania się - jest zdecydowanie tańsza. Dużo mniej jednostek trzeba zapłacić za telewizor, dobrego laptopa, czy xboxa, itp., niż w Polsce Ale żeby nie było tak różowo, to teraz druga strona medalu.... Każdy, komu się wydaje, że dzięki mniejszym kosztom życia codziennego, będzie mógł chomikować swoje dolary i na nich spać, jest w błędzie. W Polsce, jak dostaje się swoją określoną ilość jednostek, to musi ich wystarczyć głównie na to, o czym pisałam wyżej. Tutaj, z tego co się dostaje do ręki, dodatkowo trzeba jeszcze samemu dopłacić/zapłacić za ubezpieczenie zdrowotne i za każdą wizytę u lekarza, dopóki nie osiągnie się określonego w ubezpieczeniu pułapu, a nie są to często małe pieniądze. Trudno tu podawać konkretne kwoty, bo zależy to od wielu czynników, ale tak czy inaczej, jest to kwota, którą musicie odjąć od tego, co dostajecie "na rękę". Oczywiście, jak jesteśmy zdrowi, to nie jest tak źle, ale trzeba jednak pamiętać o tym, że nigdy nie wiadomo, co będzie dalej. I jakakolwiek by nie była publiczna służba zdrowia w Polsce, to chyba prawie nikt ze zwykłą grypą, czy zapaleniem zatok lub przeziębieniem nie idzie prywatnie do lekarza i nie płaci nic dodatkowo. Tutaj tak. Kolejna rzecz... emerytura. O nią też trzeba zadbać jeśli chce się godnie żyć i odpocząć na starość, a każdy kto zaczyna tutaj tak jak my, nic nie ma na nią odłożonego. Jak myślicie, czemu tak dużo starszych, czy wręcz starych ludzi tutaj nadal pracuje? Nie dlatego, że się nudzą (oczywiście niektórzy tak, ale wtedy głównie pracują charytatywnie, w wygodnych warunkach), ale głównie dlatego, że muszą.To jest kolejny koszt, o którym trzeba pamiętać i który trzeba sobie doliczyć. Macie dzieci? Jeśli tak, to musicie liczyć się z kolejnymi wydatkami. Jeśli traficie do dobrej dzielnicy, w której publiczne szkoły są dobre, to przynajmniej na początku jesteście na plus (nam się tak szczęśliwie udało, dziewczynki chodzą do bardzo dobrych i bardzo dobrze dofinansowanych szkół), ale jeśli nie, to dochodzą koszty prywatnych szkół. Warto też pomyśleć o tym, że tutaj (przynajmniej tam, gdzie my mieszkamy, nie wiem, czy to norma we wszystkich stanach) wszelka dodatkowa opieka w szkole jest płatna. Nie ma tak, że przed lekcjami, czy po lekcjach dziecko pójdzie do świetlicy i spokojnie poczeka na lekcje lub na nas nim wrócimy z pracy. Oczywiście świetlice są, ale każda spędzona w nich godzina jest płatna i to nie mało. Do tego musicie już teraz zacząć myśleć o odkładaniu pieniędzy na studia, oczywiście jeśli zakładacie, że wasze dzieci będą chciały je robić, ale to chyba zawsze warto założyć. Myślę, że na dziś już wystarczy i tak się strasznie rozpisałam. Ale jeszcze tylko słowem podsumowania. Nigdy nie planowałam tu mieszkać, Stany nie były moim marzeniem, ale moim zdaniem życie tutaj jest tańsze, to zwykłe, codzienne, jednak kto wie, być może z czasem zmienię zdanie. Trzeba jednak pamiętać, że koszty życia tutaj, to nie tylko różne dobra które sobie kupujemy i nie idealizować tego miejsca, bo to może być bardzo zimny prysznic. Mi jest tu dobrze i nie żałuję, że tu mieszkam Wydaje mi się też, że ten kto radził sobie w Polsce, poradzi sobie i tutaj, ale jeśli w Polsce sobie nie radziliście, to tutaj będzie jeszcze gorzej, bo na każdego zarobionego dolara trzeba całkiem ciężko zapracować.
  13. Strasznie Wam współczuję takiego trudnego początku... Wiadomo, że zaczynanie całego życia na innym kontynencie, z dala od rodziny i przyjaciół już samo w sobie jest trudne, a jak dodatkowo trafi się na nieodpowiednich ludzi, to robi się tylko gorzej... Mam nadzieję, że teraz jest już lepiej i że udało Wam się wszystko poukładać. Powodzenia i wszystkiego najlepszego! Tak jak piszesz, Polacy są różni, ale myślę, że ogólnie jak i przedstawiciele każdej narodowości My na swojej drodze póki co spotkaliśmy samych fajnych Polaków. Wydaje mi się, że najgorsze cechy narodowe (nie tylko wśród naszych rodaków, ale wśród wszystkich nacji) wychodzą przede wszystkim jak się żyje, mieszka i pracuje w skupiskach narodowościowych. Kontakt towarzyski od czasu do czasu to zupełnie co innego niż "kiszenie się we własnym sosie". Nam na szczęście nikt nie próbował na siłę dawać "złotych rad". Pozdrawiamy serdecznie
  14. Nie będzie problemu Ja najpierw poleciałam do Bostonu, później samochodem do Nowego Jorku, następnie do Niagara falls (również od strony kanadyjskiej) I dopiero po ponad tygodniu dotarłam do miejsca wpisanego w DS260 (Michigan). Wszystko bez problemu