Jump to content

mazeno

Użytkownik
  • Posts

    10
  • Joined

Recent Profile Visitors

The recent visitors block is disabled and is not being shown to other users.

mazeno's Achievements

7

Reputation

  1. tylko ze to taka mniejszosc, co terroryzuje wiekszosc (nota bene teczowe antify i inne elgiebety nic nie maja wspolnego z rzeczywistoscia homoseksualna). jak widac na powyzszym przykladzie, terroryzuje nawet w sytuacji, ktora nie ma nic wspolnego z tematem teczowosci - modelowy wrecz przyklad politpoprawnosci na chama. temat jest (a wlasciwie byl) o wloczegach, a jeden adminow zjechal prosto w bagno. no to sie w tym bagnie babrajcie - ja wysiadam. klaniam sie nisko.
  2. no nie ma teczy, nie bedzie oskara https://film.org.pl/news/nowe-zasady-akademii-oscary-tylko-dla-filmow-z-mniejszosciami-241459/ az sie boje lodowke otworzyc
  3. to ci wytlumacze po co srasz polityka watek, ktory ma sie nijak do tego
  4. a ja, frajer, myslalem, ze tu jest normalnie ale nie, skadze skoro nawet admin klepie w bagno przy byle okazji wstyd
  5. co do marki - nie "na pewno", wrecz pudlo, ale nie bedzie z mojej strony "reklamy", bo to tak, jakby ogladajac obraz, zachwycac sie firma produkujaca farby, plotno i pedzle. nota bene specjalnie drogiego sprzetu nie posiadam, bo tam gdzie fotografuje, warunki nie sprzyjaja delikatnym urzadzeniom - upaly, mrozy, snieg, drobny piasek - ogolnie syf i czyszczenie aparatu po kazdym grubszym wyjezdzie. reszta sie mniej wiecej zgadza. zaczynalem wieki temu (pozne lata 70-te) na prostym polskim - dzisiaj powiedzielibysmy: kompakcie - ami-66 z czarno-biala klisza formatu 6x6. pozniej doszedl maly obrazek i bardziej "skomplikowane" aparaty (z "tworczymi presetami"). jakies 25 lat temu przenioslem sie wylacznie na slajdy (chromy) i dlugo w nich siedzialem. slajdy to cholernie wymagajacy material (nie da sie go "poprawic" przy wywolaniu) i duzo drozszy niz negatywy, wiec czlowiek musi sie szybko nauczyc jak nie naciskac zbyt pochopnie i zbyt czesto migawki (to zmora wychowankow cyfrowek). obecnie slajdow juz nie robie (ostatnia rolke zrobilem 3 lata temu), bo niestety sa za drogie. kilka razy taniej jest wydrukowac album w formie fotoksiazki (doslownie! koszt zakupu, wywolania i zaramkowania 10 rolek slajdow to grubo ponad tysiak, album formatu 30x30cm 120-160 stron z analogiczna iloscia zdjec to jakies 2 stowki). aparaty, obiektywy, klisze mi sie zmienialy, od lat jednak jedna rzecz jest niezmienna, gdy naciskam migawke: ustawienia manualne i stosunkowo dlugi czas wyboru ujecia. aparatami cyfrowymi fotografuje gdzies od 12 lat, a przerobilem ich zaledwie trzy. w zadnym licznik migawki nie przekroczyl 50 tysiecy, chociaz dwa z nich kupilem juz jako uzywane - slajdy naprawde ucza oszczedzac migawke i to mi zostalo - robie mniej wiecej tyle zdjec cyfrowych, co dawniej slajdow, selekcji zdjec dokonuje przed nacisnieciem spustu). i to bym polecal kazdemu, kto chce zaczac przygode z fotografia - nie zaczynac od suwaczkow ani wypasionych sprzetow, tylko nauczyc sie widziec. przy czym zdjecia w formie elektronicznej to jednak nie to samo, co zywa fotografia, stad m.in. te albumy - na polce stoi ich u mnie 18 sztuk (ten ponizej to akurat zeskanowane slajdy). no dobra, my tu gadu-gadu, a ameryki na tych moich zdjeciach jak nie bylo, tak nie ma. no coz.
  6. > pierwszy komentarz po przeczytaniu twoich postów to "co za aparat!" zawsze odpowiadam to samo: fotograficzny. to nie aparat robi zdjecia, tylko czlowiek > mam nadzieję, że usłyszymy tu o twoich kolejnych wyprawach, nawet jak nie z USA co do kolejnych wycieczek to na razie slabo to widze ze wzgledu na koronapanike i pozamykane granice. a w przyszlym roku (czy nawet juz tej jesieni?) czuje nosem juz totalny lockdown, przy ktorym obecny bedzie sie nam jawil jako szczyt wolnosci. dobrze bedzie jak pozwola nam "za miasto" wyjechac. > z Colorado do Dakoty jest ok. 6h samochodem co do colorado-dakota w 6 godzin: szkoda by bylo sie spieszyc. 400 mil/650km to czasem ja jade kilka dni i zamiast autostradami - czesto oplotkami, sa ciekawsze.
  7. no wiec junkiem po stanach sie odbylo (zeszlego lata/jesieni), jednakze stany byly nie tyle amerykanskie, co azjatyckie, a junk to 25-letni vw kupiony za rownowartosc ok. 750 dolcow (w ramach przygotowan dolozylem do niego jakies drugie tyle, w tym 5 sztuk porzadnych kol). pojechalem ze starym kumplem - w vegas oczywiscie nie bylismy, w ogole miasta z reguly omijalismy szerokim lukiem, za to machnelismy jakies 15 tysi km po stepach, pustyniach i gorach oraz wejscie na dziewiczy szczyt 5553 m w pamirze, ktory nazwalismy pik agamau (o tym szerzej m.in. w american alpine journal). wrzuce nizej pare zdjec - mam nadzieje, ze sie nie obrazicie. a junka nie sprzedalem ani nie zostawilem nigdzie po drodze, jezdzi ze mna w dalszym ciagu. jak sie kiedy skonczy ta durna panikobiedapandemia to moze sie jednak machne do usa tez. a na razie dziekuje za uwage.
  8. az tak blisko meksyku chyba sie nie bede zapuszczal, myslalem o big bend, ale dodatkowe tysiac mil (w te i we wte) chyba se odpuszcze - jest fure miejsc, ktore mialem w planach, a wychodzi mi, ze czesc bede musial wywalic z listy ze wzgledu na kosmiczne nadrabianie drogi (np. obie dakoty). nie mam fejsbuka, smartfona, telewizora ani nic takiego, a z internetu korzystam tylko poza domem. to jak w koncu jest z tymi procedurami?
  9. mili panstwo (jak mawial pewien elektryk), o klime prosze sie nie martwic, przejechalem sie troche po kilku pustyniach w temperaturach znacznie przekraczajacych 50C, samochodem koloru czarnego i bez klimatyzacji, i moje doswiadczenie mi podpowiada, ze nie ma nic gorszego niz klimatyzacja z powodu roznicy temperatur wewnatrz i na zewnatrz (najgorsza nie jest temperatura, tylko temperatura + duza wilgotnosc, czlowiek jest w stanie zniesc suche +60C jesli ma kawalek cienia nad glowa (chocby dach auta), ale pada przy +35C i wilgotnosci bliskiej 100%; podobnie w druga strone, -2C i wilgoc zabija, w suchym -30C da rade spac na sniegu bez spiwora). stacje paliw co 100km mi nie straszne, jestem przyzwyczajony do odleglosci 10x wiekszych bez tankowania, z reguly woze jakies kanistry, rowniez na wode. to o bazarach to oczywiscie na warunki azjatyckie, w stanach to w ogole watpilem czy jakies sa - licze raczej na miejscowe "biedry" typu walmart. spanie po rowach tez raczej zaliczam do stanow azjatyckich, ale spanie w samochodzie (lub w namiocie obok; biore pod uwage chocby ze wzgledu na rozne pelzajace) to chyba nie najgorszy pomysl - u germancow potrafilem znalezc kawalek lasu czy krzakow bez nalotu policji, wiec moze w usa tez dam rade. podejrzewam, ze w zachodnich stanach policja rzadko zjezdza z asfaltu w step czy pustynie, zeby zajrzec za krzaki odlegle o mile od drogi. "private property keep away" oczywiscie bede omijal (zreszta nie lubie, bo przejezdzajace samochody budza). mam taka zasade przy wybieraniu miejsca do spania - nie rzucac sie w oczy i daleko od szosy - ona generalnie zapewnia spokoj w nocy. > Nocke ze sniadaniem w Shadow Hills Ca masz u mnie jak w banku dzieki, ale sadze, ze mozesz poczekac troche - a biorac pod uwage, jak czesto w ameryce zmienia sie miejsce zamieszkania, to pewnie bedziesz juz gdzie indziej na razie rozbieram na czynniki pierwsze czyli kalkuluje, czy wydole w perspektywie najblizszych 2-3 lat - taka wycieczka to budzet na 2 duze wyrypy po azji (a tam sie nigdy nie znudze, wiec to duza konkurencja), wizy, bilety (oba x2), zakup auta, kasa na paliwo i zarcie, ale z drugiej strony z reguly polowa z tego, co mi sie po lbie walesa, doczekuje sie realizacji (to i tak duzo, biorac pod uwage, ile mi sie w tym lbie telepie). wiec ten wyjazd to jeszcze nie w tym roku, raczej tak gdzies w okolicach 20-ego. to raz. dwa to to, ze z zasady omijam miasta i drogi glowne (pewnie sie zdziwicie, ale np. zupelnie nie mam zamiaru zagladac do vegas), wiec w tej okolicy to pewnie yosemity, sekwoje, death valley, a potem bocznymi drogami na mojave. w kazdym razie dziekuje za zaproszenie. ad rem: glownie nie idzie mi o rady jak przezyc (do tej pory sie udawalo, tutaj tez moze sprobuje), tylko o procedure papierkologiczna z samochodem, jak nizej: > Zeby ubezpieczyc i zarejestrowac auto czy moto musi ci ktos uzyczyc adresu i tyle " czyli rozumiem, ze jesli mam juz adres (zakladam, ze wspomniany ziomek udostepni), to jedyne wyjscie to czekac? ile to orientacyjnie trwa i jak to wyglada? ide do dilera, kupuje auto, biore od niego papiery i kluczyki i?... szlag trafil nastepne 2 tygodnie wakacji? czy na drugi-trzeci dzien juz wszystko mam?
  10. witam wszystkich, zaczne od tego, ze w temacie "ameryka" jestem zielony. to znaczy wiem tyle, ze na el capie sa fajne drogi wspinaczkowe, ze korczak-ziolkowski wydlubal szalonego konia (no, niecalego) za pomoca dynamitu, ze wielki kanion nie jest jedynym ciekawym miejscem na zachodzie, bo jest jeszcze chocby big bend czy skamienialy las, ze west point jest na wschodnim wybrzezu i zaprojektowal ja kosciuszko, a jak bylem maly to czytalem "zloto gor czarnych" i robilem sobie luki z wierzbowych witek, no i oczywiscie namietnie ogladalem johna wayne'a. ale juesejska papierkologia i przepisy to dla mnie czarna magia (nie tyko zreszta juesejska). przy czym moj angielski-amerykanski jest dosc slaby (z angolem czy hindusem sie dogadam, gorzej z amerykancem). w sprawach codziennych typu jak kupic ogorki w warzywniaku - ok, ale jak mam gadac o dokumentach z urzednikami itp. to leze. i tera co i jak: - brak ssn i raczej brak czasu na zabawe w to, - brak prawa jazdy usa (polskie mam od xx-lat, max. znizek oc, o ile to ma znaczenie, kartoteka czysta, mam tez wazne miedzynarodowe) i raczej j.w., - stany do obskoczenia: nm, ar, co, ut, wy, mo, id, wa, or, ne, ca czyli generalnie petla po calym zachodzie (parki, ale tak naprawde chcialbym pojezdzic nie tylko po parkach, bo z doswiadczenia wiem, ze nawet dosc blisko miejsc obleganych przez tlumy sa miejsca, gdzie nikt nie zaglada - i tam sie bede chcial powloczyc), - start i koniec w nowym meksyku (wiec jak co, to tutaj wszystkie zabawy organizacyjne), - czas akcji ok. 2 miesiace (max. 3, zalezy od samolotu tam i nazad), budzet z kategorii "very low" - mam tzw. podroznicze adhd, troche swiata juz zjezdzilem, rowniez wlasnym autem, glownie azje (i nie byla to azja typu hipsterska tajlandia), po hotelach nie sypiam, raczej "po rowach", jem najtansze miejscowe zarcie na bazarach (bo i z reguly jest najlepsze), wiec wiecej niz 3/4 kazdego mojego budzetu wyjazdowego autem to paliwo (a w takim np. kazachstanie jest circa po 1,50pln/litr na nasze), naprawde "low-budget", a nie jakies tam udawanie studenta za pieniadze rodzicow (z calym szacunkiem dla studentow i ich rodzicow). i teraz mi przyszlo do lba, zeby se machnac taka wyrype po zachodnich stanach, bo tam ladne miejsca sa. plan jest taki, zeby kupic na miejscu junka; potrafie poslugiwac sie zarowno siekiera jak i mlotkiem (kiedys mialem ruskiego uaza; wloczac sie po swiecie kilkakrotnie np. wymienialem w gdzies w dzikiej azji lozysko kola teoretycznie nie do wymiany bez profesjonalnego warsztatu), wiec stan techniczny nie musi wskazywac na wypieszczenie, bardziej niz klima i gps na pokladzie (korzystam z papierowych map i patrze na slonce) interesuje mnie duzy przeswit i jakies minimalne zdolnosci trakcyjne po drogach nieubitych, a mozliwych np. naglym zalaniem - slowem przygotowuje sie na jakiegos starego czirokeza albo innego blazera za jakis niewielki piniodz (max. 2000 usd, sprzedaja jeszcze takie?) i objechac nim kolko w ciagu tych 2-3 miesiecy, po czym sprzedac tegoz junka za pol ceny lub nawet porzucic z kluczykami w stacyjce (jesli trafi sie cos ponizej 1000 baxow - nie fantazjuje zbytnio? nie beda mnie potem scigac za porzucenie?). i tu widze klopot - przejrzalem forum i generalnie zdaje sie, ze na turystycznej wizie to slabo. w sensie kupic to kupie, ale nie zarejestruje i nie ubezpiecze (oc), w kazdym razie widze, ze nie jest to latwe. nie chcialbym wydawac circa 50 zielonych szelestow dziennie na wypozyczenie z wypozyczalni, bo w skali 2 miesiecy wyjdzie mi tyle, ze za take kase moglbym obskoczyc 25-tysieczno kilometrowa wycieczke po azji, wliczajac paliwo, wizy, zarcie itp. chyba ze sa takie wypozyczalnie, co wypozyczaja za 15usd dziennie, to juz predzej. jest tez opcja (malo prawdopodobna, ale jakos tam mozliwa), ze miejscowy (mam ziomka w stanach, ale, nie chce go "naduzywac") dokona zakupu auta (w sensie: ja mu daje kase, on kupuje sobie i ja go "pozyczam" od niego) - ubezpieczy mi to ktos (oc)? jest w tym sens? transport wlasnego auta przez ocean tam i z powrotem nie wchodzi oczywiscie w rachube, z tego co sie orietowalem, to drozsze niz cala taka impreza. jak to zrobic najlepiej, zeby nie zbankrutowac i nie tracic czasu na czekanie na papierkologie? drogie bravo, pomoz.
×
×
  • Create New...