Wrocilem z wesela. Najlepsza była droga w tamtą stronę, w piątek. Wyjazd z domu - termometr pokazywał 33 ° C. W miarę upływu mil (75) temperatura spadała aż z kratek zamiast zimnego powietrza zaczęło lecieć ciepłe. Na miejscu było 15 stopni ok. 4pm.
Zaślubiny byływ samo poludnie, na plaży nad oceanem przy temperaturze 14 stopni ale dalo się wytrzymać ponieważ nie dmuchało zimnym powietrzem od Pacyfiku. Po zaślubinach był lunch, potem przerwa. Od 3 pm zaczęło się prawdziwe przyjęcie i jak na amerykańskie wesele jedzonka było na tyle że nawet ktoś taki wybredny jak ja mógł sobie coś wybrać, głodny więc nie byłem. Bar open do 6 pm, wystarczylo, żeby cytując klasyka, wprowadzić się w "bajkowy nastrój". Zdobyłem wraz z panią towarzyszącą, jednogłośnie, tytul króla parkietu. Koniec imprezy o 9pm. Już dawno nie widziałem tyle grubasów w jednym miejscu. Na ok. 100 uczestnikow było może 10 osób w miarę szczuplych i mniej więcej tyle samo stosownie ubranych. Nie liczę swojej skromnej osoby +1.