Grala Oregon Symphony Orchestra z nowojorskim ponoc zespolem nazwanym w programie "Zebra". Ich wokalista byl ze swoim "schnapsbarytonem" troche cienki. Lepsza byla tutejsza solistka, ktora "robila za chorek".
Bylem kilka lat temu na Australian Pink Floyd, wg mnie cienizna. Spoznione rozpoczecie, fatalna akustyka (w tym samym obiekcie co koncert powyzej). Nie przedstawili sie, slabe wokale, odegrali i poszli. Mowiac szczerze chcialem do domu ale ze siedzialem w srodku nie chcialem ludziom przeszkadzac. Wiele osob poszlo wczesniej.
Natomiast dwa lata temu bylem na Brit Floyd. Pelna profesca! Dali czadu jak nalezy, na full! Nie ma sie do czego przyczepic. Zaczeli punktualnie, rzetelnie odegrali ponad dwie godziny plus bardzo dlugie bisy. U nich w chorku spiewala Polka - Ola Bienkowska ale tym razem jej nie bylo.
O Another Pink Floyd nie slyszalem. Kolejny klon tak jak Brit Floyd z Australian PF?